Wprost o trendach
18 maj
A: Tym razem będzie nie o miejscu, ale o społeczeństwie i trendach.
Na 40 stronie ostatniego „Wprost” jest artykuł, obok którego przejść obojętnie nie mogę.

18 maj
A: Tym razem będzie nie o miejscu, ale o społeczeństwie i trendach.
Na 40 stronie ostatniego „Wprost” jest artykuł, obok którego przejść obojętnie nie mogę.

12 maj
A: Pierwsza rezerwacja na kilka dni przed otwarciem, od razu artykuł w Krakowskiej GW „kraków gazeta wyborcza charlotte”
Od wczoraj można zjeść znajomą bagietkę na Placu Szczepańskim. Charlotte otwarta w Krakowie!

Siedziałam dziś rano przy common table i podsłuchiwałam opinie Klientów. Dwie Angielki w średnim wieku zachwycały się wnętrzem na górze, przystojni Włosi od razu pognali na dół, żeby zająć stolik vis a vis piekarni. Gwarno i tłoczno. Odwiedzają Ci, którzy już znają witając się z Właścicielkami. Odwiedzają inni, którzy są po raz pierwszy. Osoby w różnym wieku, różnej narodowości. Wszyscy w podobnym stylu zajmują od rana miejsca w piekarni. Rozmawiałam z dziewczyną, która przyjechała do Krakowa na kilka tygodni. Powiedziała, że śmieszne jest znać lepiej menu niż obsługę.



Lokal zdecydowanie większy. Dwa poziomy plus atresola. Wnętrze znajome ale jednak trochę inne. Duże secesyjne okna z widokiem na Plac Szczepański. Idealna lokalizacja. W sąsiedztwie Platny, Teatr Stary i Bunkier Sztuki.
W Krakowie dzisiaj pada. Nie szkodzi. Przy takim chlebie miło jest spędzić sobotę.
GRATULUJEMY!
Adres:
„Charlotte” Chleb i wino
Pl.Szczepański 2
Kraków
7 maj


B: Jeśli kiedykolwiek zdecyduje się otworzyć restaurację, to będzie nią śniadaniownia. Otwarta do 14-tej, żeby ci z 12:00 też mogli się tym śniadaniem nacieszyć ale nie dłużej, bo po 14-tej to już nie śniadanie. Po tej godzinie nasze kubki smakowe zmieniają kurs i śniadania już nie docenią. Dlatego kiedy zobaczyłam wielki napis Śniadaniownia wywieszony na Mokotowskiej kamienicy, moje serce zabiło szybciej. Czyżby ktoś wreszcie się zlitował nad wielbicielami porannej rozpusty i postanowił zaproponować coś więcej, niż kawę i ciastko z migdałami? Po raz kolejny szłam więc do jakiegoś miejsca z bardzo optymistycznym nastawieniem i znowu rozczarowanie. Czy naprawdę tak trudno zrobić dobre śniadanie? Jest takie miejsce w Chicago. Nazywa się Milk and Honey. Kolejki ustawiają się tam już przed 6:00 bo omlet i kawa w Milk and Honey to prawdziwa uczta. Duże porcje, gorąca kawa, świeże produkty i trochę fantazji. Ot cała tajemnica sukcesu tego miejsca. W Śniadaniowni też tak miało być. Przynajmniej tak wnioskuję po menu. Kawa, kilka rodzajów herbat, zestawy śniadaniowe, omlety, kanapki na ciepło i musli. Do tego jasne i minimalistyczne wnętrze, które zdecydowanie nie miało na celu odciągać naszej uwagi od śniadania. A jak było? Kawę oddaliśmy bo była zimna. Nie letnia. Zimna. I nie oddaliśmy na zawsze tylko do podgrzania, bo oddawanie czegokolwiek łączyłoby się u mnie ze zbyt dużą dawką porannego stresu. Kawa wróciła po kilku minutach letnia. W rezultacie za kawę nie zapłaciliśmy bo Pani, która ją przyrządzała przyznała, że o robieniu kawy nie wie nic a Pani od kawy jeszcze do Śniadaniowni nie dotarła. Wszystko się może zdarzyć tylko dlaczego żadna z trzech Pań, zakładam potencjalnych wielbicielek śniadań, nie potrafi zrobić kawy? Nasze zestawy śniadaniowe pojawiły się po chwili. Zamówiłam Zestaw Znany i Włoski. Zainspirowała mnie nazwa. Pomyślałam, że skoro ktoś nazywa coś znanym, to na pewno chce klienta zaskoczyć. Np. „Ja mu pokażę, jak powinno wyglądać znane śniadanie”, pomyślał właściciel i zaszalał. I tak na Zestaw Znany składa się jajko na twardo, niestety zimne i grubo posypane pieprzem, pieczony, równie mocno przyprawiony pieczony indyk, dwa plastry żółtego sera i plaster białego sera. Do tego pełnoziarnisty, chrupki i naprawdę smaczny chlebek. Wszystko podane w nieco oldschoolowy sposób, na wielkich i twardych liściach sałaty lodowej. Koszt zestawu to 22 zł. Zestaw Włoski to mozarella, pomidory, sporo rucoli i zielone pesto. Nazwany zestawem jest w rzeczywistości niewielką sałatką z mozarellą.


Podczas naszej wizyty do Śniadaniowi wchodzili okoliczni mieszkańcy, pary z dziećmi, para gejów, pan z pieskiem, dziewczyna w piżamie i torbą Louis Vuitton. Wszyscy uśmiechnięci i zdecydowanie podekscytowani nowym miejscem. Tak jak my jeszcze trzydzieści minut wcześniej.


1 maj
A: Pusta Warszawa wydaje się większa. W ostatnią niedzielę, schowana wśród pustych ulic Moderna po raz kolejny zorganizowała brunch. Dwóch mających noże, przygotowało sporo kuszących dań. Wstali wcześniej, żeby przyjechać ze świeżą ciabattą. W wielkich misach pokrojone drobno pomidory z ogórkiem, w misie sąsiadce, sałata z kurczakiem, porem i selerem naciowym, a w trzeciej ziemniaki z czerwoną cebulą i kaparami. Obok tego obłędny humus roboty własnej, a jakże.


W drugim zestawie jajka w koszulkach przyrządzone na dwa sposoby. Z pieczoną łopatką wieprzową lub z czarna fasolą w sosie pomidorowym. Brawo za oba te pomysły. Jajka przepyszne.



I chociaż na zewnątrz pusto było i gorąco, w Modernie za to chłodno i minimalistycznie. Dobrze. Ostatnio jakoś dużo i szybko wszystkiego.
Chłopaków z nożami, można odwiedzić przy Placu Unii, gdzie mają swój stół. Gotują dla niewielkich grup na zamówienie. Widać, że mają przy tym sporo satysfakcji.
28 kwi
A: Z braku czasu w ostatnim tygodniu, dopiero teraz wracam do ubiegłego piątku. Hoża 51. Zapomniana na długi czas stara fabryka serów dostała nowe życie. Na dwóch piętrach zmieściło się sporo aktywności. Kawiarnia, studio fotograficzne, ścianka wspinaczkowa i m.in. studio kulinarne Sm Art Studio. To była bardzo spontaniczna wizyta. Zaprosili mnie moi francuscy przyjaciele, którzy pomimo, że mieszkają w Warszawie zaledwie kilka miesięcy, zaadoptowali się w niej błyskawicznie i są na bieżąco ze wszystkimi kulturalno-rozrywkowymi tematami. Trochę nieprzygotowana, bo bez wina (które można przynieść ze sobą) i po ulubionym burgerze, rozkoszowałam się bardziej samą atmosferą miejsca i obserwacją ludzi pełnych zaangażowania w to, co robią. To pokazuje, że idziemy w dobrym kierunku. Dzieje się coraz więcej ciekawych projektów. Szukamy balansu pomiędzy pracą, a aktywnościami w życiu prywatnym. To, że nasze życie coraz bardziej kręci się wokół jedzenia to nie jest już żadne odkrycie. Robienie ciasta na pizzę lub kulek z ricotty stało się dzisiaj społeczną rozrywką taką jak kiedyś fikołki na trzepaku albo granie w gumę. Na szczęście w tych kulinarnych eskapadach coraz częściej udział biorą obie płci.





25 kwi


B: Pomysł jest świetny. Szara cegła jako tło dla ciekawego designu, który dodatkowo możesz kupić. Do tego gorąca latte i śniadania.
Problem polega na tym, że jak na razie oprócz szarej cegły w Szarej Cegle nie ma nic. Czy miejsce zostało otwarte za wcześnie? Czy design nie dojechał? I kolejna zagadka: Gdzie powstają śniadania? Bo kuchnia jeszcze w strasznej rozsypce.

Ale od początku. Szara cegła to nowa kawiarnia na Saskiej Kępie.
Kiedyś był tu sklep rowerowy. Dzisiaj przed wejściem leżą tytułowe szare cegły. W środku też szaro i jak na poniedziałkowy poranek strasznie mroczno. Małe okienka nie pozwalają światłu przedostać się do środka. Szkoda, bo jedzenie śniadania w mrocznej atmosferze nie wróży nic dobrego na resztę dnia. Design w postaci dwóch stołów, trzech krzeseł i pięciu plakatów to nadal za mało. Rozumiem jednak, że lada dzień to się zmieni i miejsce będzie prawdziwą mekką dla poszukiwaczy wyjątkowego designu. Bo to właśnie poszukiwanie designu i pysznych śniadań przywiodło mnie do szarej cegły.

Śniadania jednak pomimo niskiej ceny (10 zł.) w Szarej Cegle nie zjadłam, bo nie było klimatu.
Podsumowując. Daję Szarej Cegle trochę czasu i ogromny kredyt zaufania wierząc, że za chwilę to miejsce zmieni się w prawdziwy śniadaniowy design a szara będzie już tylko cegła. Mieszkańcy Saskiej Kępy dawajcie proszę znać, czy na Królowej Aldony coś się zmienia?
Adres:
ul. Królowej Aldony 5
Warszawa
21 kwi

A: Mała przestrzeń mieszcząca najlepsze hamburgery jakie kiedykolwiek jadłam. Cztery stoliki i wysoki bar przy oknie. Na niedalekim końcu od wejścia, dwóch facetów w fartuchach krząta się przy grillu rzucając kolejne krążki mięsa i rumieniąc bułki do burgerów. Widać, że ktoś ma pojęcie o tym co robi. Przede wszystkim stawia na jakość. Serwuje wołowinę z polskiej hodowli (100% wołowiny ANGUS), bułki robią sami. Proste wnętrze, które wyobrażam sobie, że mogłoby też wydarzyć się gdzieś w amerykańskim miasteczku. I chociaż może wydawać się, że jest drogo, to według mnie ceny są słuszne. Wszystko smakuje obłędnie, a do tego fajnie podane! Idealnie miękka bułka w rozmiarze, który nie wymaga wysiłku, żeby wziąć pierwszego gryza. Mięso doskonałe i dodatki, które zostają dodatkami podkreślającymi jedynie smak, a nie pchające się do ról głównych cebula z pomidorem. Za 35zł można wziąć hamburgera z japońskiej rasy WAGYU. Widać, że pasjonaci!




Adres:
Burger BAR
ul. Olkuska
Warszawa
18 kwi

A: Żurawiej część mniej popularna. Do tej pory jedynie odcinek pomiędzy Kruczą a Pl. Trzech Krzyży był cool. Odkąd jest Butchery & Wine po drugiej stronie też zaczyna być dobrze. Od paru dni otwarty jest Bufet Centralny. Wejście od Parkingowej. Trochę ukryte. W pierwszych krokach czuje się, że wstęga została przecięta zaledwie parę dni temu. Na pewno wnętrze jakieś. Nie ma może żadnych odkrywczych rozwiązań. Z powodzeniem połączone sprawdzone patenty. Szkoda tylko, że jeśli już zostaje podjęta próba zrobienia czegoś więcej, a Bufet taką próbą z całą pewnością jest, nie robimy tego „czegoś” albo tego „więcej”. Pamiętam, w jednym z bistro, w którym byłam w Paryżu, gdzie podobnie jak tu była otwarta kuchnia, super przystojni i świetnie wystylizowani kucharze przygotowywali dania, które później przystojni i wystylizowani kelnerzy podawali do stolików. Jedyną kobietą była sommelierka. To był właśnie ten pomysł, którego w Warszawie, poza kilkoma wyjątkami, cały czas brakuje. Szkoda.


Karta. Prosta i ciekawa. Mieści się na jednym zdjęciu w iPhonie. 4 przystawki zimne, 5 przystawek gorących, 5 dań głównych i suflet czekoladowy na deser. Wzięłam śledzie w żurawinie i śmietanie plus żeberka w wiśniach z sałatą i puree ziemniaczanym. Nie jest to może szał, ale zupełnie przyzwoite.
Ceny dań: 22, 25 na najdroższej nodze kaczki za 35zł kończąc. Przystawki zimne 12/16, a ciepłe 16 lub 20zł.
Zastanawiam się tylko, czy to wszystko wystarczy, żeby odnieść dzisiaj duży sukces?

Adres:
Bufet Centralny
ul.Żurawia 32/34
Warszawa
18 kwi
A: To będzie wpis bardziej z tęsknoty za dobrą grecką trattorią. Właściciele El Grecco, które szczególnie w weekendy okupowane jest przez grupy rodzin z dziećmi, postanowili rozblokować ten korek i otworzyli Paros przy Jasnej. Brawo, że wreszcie ktoś znalazł sposób na to olbrzymie wnętrze, które po próbie restauracji w stylu glamour, a potem sushi było dość ryzykowne. Wysokie wnętrze podłużnej sali wypełniły wielkie, wiklinowe lampy, cała pozostała przestrzeń jak to w Grecji – na biało. I oczywiście dobrze, że na biało, ale biel bieli nierówna. I nie chcę być męcząca, więc tylko dla przykładu zamieszczam zdjęcie jak jest, a jak mogłoby być:


W porze lunchu z tysiąca stolików zajęte trzy. Kelner jednak uspakaja, że prawdziwe greckie piekło zaczyna się wieczorami. Muzyka, tańce, aktywności wszelakie zapewniane przez rodowitych Greków z tłuczeniem talerzy włącznie. Alleluja, że to jednak środek dnia.


Basia zamówiła bakłażana (na którego zresztą miałam ochotę), a ja lunch dnia czyli zupę z soczewicy i łososia.
Bakłażan smaczny pomimo olbrzymiej ilości cebuli, która go przykrywa, moja zupa też dobra. Problem pojawił się przy łososiu, bo okazuje się, że trudno zamówić łososia lekko przysmażonego. Takiego uwielbiam, wrzuconego od niechcenia na patelnię i zdjętego zanim temperatura zmieni czerwony kolor ryby w biały. Trudno, musiałam jednego zwrócić do kuchni. Drugi był lepszy, ale też nie doskonały. Doskonała była natomiast atmosfera. Trochę jak na wyspie greckiej przed sezonem, za to z Baśką, z którą wreszcie mogłyśmy się nagadać.
B: Nagadać i najeść bo potwierdzam, że bakłażan z cebulą ( bo tak powinno się nazywać to danie) był bardzo smaczny.
Przyznam, że nigdy nie obserwowałam kariery tego miejsca więc pojawienie się Paros nie wywołało u mnie żadnych emocji. Wizyta była więc całkowicie spontaniczna i pozbawiona jakichkolwiek oczekiwań. Pierwsze wrażenie: Jeśli nie jestem w hurtowni stołów i wikliny to na pewno odwiedzam właśnie jedną z największych restauracji w Warszawie. Paros jest naprawdę olbrzymia i przynajmniej w porze lunchu bardzo pusta. Podobno tętni życiem wieczorem ale jeśli nie zobaczę to nie uwierzę. Przyznam, że piszę bez większego entuzjazmu bo Paros w ogóle nie jest restauracją w moim stylu. Nie lubię bicia talerzy w Greckim stylu tak jak i tańca brzucha i palenia sziszy. To mnie po prostu nie kręci. W Paros kelnerzy są z Polski i na szczęście Greków nie starają się udawać. To wielka zaleta tego miejsca.
Na koniec zagadka: Co przedstawia naklejka na szybie przy wyjściu z restauracji?
Adres:
Paros
ul.Jasna 14/16a
Warszawa
15 kwi

A: Są daty, które chętnie pamiętamy. Szczególnie miło jest wtedy, kiedy to pamiętanie dzielimy z innymi. Wieczór cztery lata temu spędzaliśmy też razem. W Paryżu. Wczorajsza kolacja była w Warszawie. Na Tamce.
Restauracja niecodzienna. Wychwalana, nagradzana, zobowiązująca.
Na początek od szefa kuchni: mus z grapefruita, ryż prażony i kropka wołowiny. Każde podane oddzielnie. Nie ma reguły od czego wypada zacząć. To trochę jak kasowanie biletu przed podróżą w dalekie smaki.
W pierwszej parze Sieja z musem z kalafiora i dressingiem z czekolady i Foie gras z kaszanką. Foie doskonałe, ale sieja chyba jeszcze lepsza. Następnie młoda marchewka z czosnkiem niedźwiedzim, polędwica wołowa ze szpinakiem i sosem z octu cabernet sauvignon. Z karty zdecydowaliśmy się spróbować Policzek wołowy z puree z selera i sosem maderowym i Grasicę cielęcą z marynowanymi cebulkami. Nie jadłam przyznaje grasicy w Butchery & Wine. Kasia z Maćkiem twierdzą, że tam jest smaczniejsza.
Na Tamce w połączeniu z płatkiem cebulki rozpływa się w ustach nawet trochę za szybko. Przyznaję jednak, że jak na danie z karty, to jest to porcja wyjątkowo mała. Policzek natomiast urzekł nas wszystkich. Kruche mięso, a jednocześnie niezwykle sprężyste. Kawałek ustawiony na sosie z madery tworzy smak, który pamięta się długo.
Desery doskonałe: Cytryna limoncello z czarnym sezamem i karmelem i popisowe danie czyli Pieczone buraki z granitą szczawiową i świeżymi jeżynami.
I chociaż zdecydowanie wolę przystawki i dania główne to na Tamce desery pełnią bardzo ważną funkcję. Zamykają całą podróż cytrynowym nawiasem. Proszek molekularny, na którym bujają się łódki z cytryny zlizywałam z palca przenosząc się w czas dzieciństwa. Wtedy z małych torebeczek wylizywało się palcem Vibovit. Smak wczorajszego proszku był oczywiście nieporównywalny, ale w podobną nutę doznań uderzał.
Kompletnie rozumiem skąd te zachwyty i gwiazdki. I chociaż pojawiają się elementy molekularne, to jednak do ust wkładamy prawdziwe sezonowe produkty, a nie pianki smakujące zapożyczonymi smakami Taka kuchnia jest mi bliższa, bardziej uczciwa.
I tylko na fali ostatnich rozważań dotyczących wnętrz, wolałabym siedzieć przy stole nie z okleiny i zachwycać się pomysłem na wykończenie. O tyle przynajmniej dobrze, że wnętrze jest zupełnie takie, jak by go nie było.
Myślę, że często moment i ludzie wpływają na smaki dań. Wczorajsza kolacja była doskonała i to na pewno dlatego, że w kuchni ukrył się geniusz, ale też dlatego, że okazja była wyjątkowa i wyjątkowi ludzie. Kochani jeszcze raz wszystkiego najlepszego z okazji czwartej rocznicy ślubu!



Adres:
Tamka 43
Warszawa
http://tamka43.pl/